Im dalej tym więcej…
Ciekawa sytuacja, im bardziej uciekam od miłości, otaczając się dużą ilością zajęć wybitnie pozbawionych uczuć, wymagających logicznego myślenia, planowania czy dobrej pamięci, tym bardziej mam wrażenie, że to, od czego uciekam czeka za rogiem i niedługo się objawi. Chodzę po uczelni, po mieście nucąc pod nosem piosenki, na które mam chęć, na ogół nad wyraz trafnie opisujące mój stan emocjonalny, postrzeganie rzeczywistości czy jakieś istniejące przez chwilę chęci i nadzieję. Poznaję nowych ludzi, lubię to, jakoś łatwo mi przychodzą nowe znajomości, rozmowy o wszechświecie z osobami poznanymi przed dwoma minutami, które za jakieś 2 dni mogą okazać się moimi “przełożonymi”. Chcieć znaczy móc, takie liberalne “chcieć”, ograniczane przez “chcieć” innych, a mimo to prawie nieograniczone… Jak często ograniczamy się sami, wierząc w swoje nic nie znaczenie, brak wiedzy, wady przysłaniające nam nasze pozytywne cechy?
Wolność czasem boli, bo trzeba być odpowiedzialnym na nią, a nie zawsze nasze decyzje przynoszą tylko pozytywne i oczekiwane rezultaty…
Jaki kolor ma ból? Jaki odpowiedzialność? Na ile bezcielesne są moje marzenia?
Nie wiedzieć, czemu mam chęć na krew…